Zapraszamy do przeczytania zapisu rozmowy z naszym korespondentem , Polakiem zamieszkałym na stałe w USA, o enduro, motocrossie i wszystkim co z nimi związane, a specyficzne dla warunków amerykańskich.

Na początku prosiłbym o kilka informacji dla naszych internautów o Tobie

Nazywam się Adam Mancewicz, mam 37 lat, urodziłem się i wychowałem w Białymstoku. Do USA wyjechałem w roku 1989. Tak więc jestem tu już ponad 13-cie lat. Mam tu malutką firmę budowlaną.

Kiedy zainteresowało Cię enduro i jak wyglądały Twoje początki?

Odkąd pamiętam, zawsze miałem pociąg do motorowerów, a potem motocykli. Niestety, przez długi czas nie mogłem sobie na to pozwolić. Punktem zwrotnym w moim życiu był jednak dzien, kiedy to leżałem w łóżku złożony jakąś choroba ( nie było to nic poważnego, nawet nie pamiętam co ), przyszedł do mnie kolega w odwiedziny. Znaliśmy się, bo graliśmy w jednym zespole muzycznym w pobliskim liceum. Gość przez kilka godzin opowiadał mi jak to jeździ z kolegami na motocyklu po okolicznych wertepach. Miał wyjątkowy talent do opowiadania. Skutek był taki, że jeszcze tego samego wieczoru podjąłem decyzje o kupnie motocykla. Rok był chyba 1981. Moja decyzja wzbudziła ostry protest rodziców. Ich rozumowanie było bardzo proste. Motocykl + ja = kalectwo. Długo próbowałem ich przekonać. Bez rezultatu.

Jakich używałeś motocykli?

Wkrótce nadarzyła się okazja kupna maszyny. Była to tzw. " FUMA " ( ciekaw jestem ile osób jeszcze pamięta tą ksywę. Chodziło oczywiście o WFM 125. Nie mam pojęcia, który to był rocznik. Była już częściowo przysposobiona do jazdy w terenie. Noc była ciemna, jak ją kupowałem. Nawet dokładnie jej nie mogłem obejrzeć. Byłem jednak tak podniecony całą sytuacją, że zapłaciłem te 1900 złotych bez targowania. Odpalała tylko na pych oczywiście. Dosiadłem ją w końcu i opłotkami po ciemku, bez świateł jechałem szczęśliwy do domu. Domu sąsiada oczywiście, bo nie było mowy o pokazaniu mego "nowego" nabytku rodzicom. W połowie drogi mi zgasła. Było tak ciemno, że nie było mowy o jakiejkolwiek naprawie. Zapchałem ją do garażu sąsiada. Następnego dnia pognaliśmy z młodszym bratem do owego sąsiada, żeby zobaczyć co kupiłem. Dla mnie była bomba. Okazało się też, że przyczyną awarii był brak przewodu na świecy. Biedak zsunął się z powodu braku kapturka. No i zaczęło się bieganie ukradkiem do sąsiada z nożem za pazuchą. Powycinałem natychmiast wszystkie zbędne elementy i zająłem się powolnym dopieszczaniem. Po jakimś czasie rodzice dowiedzieli się o całej sprawie. Efekt był taki, że mogłem już przyprowadzić maszynę do siebie i na poważnie się nią zająć. Na wiosnę była gotowa do jazdy. Niestety "FUMY" nigdy nie należały do niezawodnych sprzętów, to też i moja dała się mi we znaki. Co ja się napchałem. Wyglądała jednak o niebo lepiej niż jeździła. Pod koniec sezonu trafił się kupiec. Przyszedł do mnie i chciał zobaczyć jak to chodzi. Odpaliłem ją, zrobiłem parę rundek po ulicy. Postawiłem parę razy na kolo, strzelając ze sprzęgła. Podobało mu się, zapłacił, podziękował i poprowadził do domu. Jechać nie chciał. Następne kilka miesięcy żyłem bez motocykla. Ciężki to był czas. Któregoś dnia przyjechał do mnie kolega z wieścią, że jest coś do nabycia. Jakiś gość miał sprzęt. Zaliczył ostrą glebę przy dużej prędkości i przeszła mu ochota do jazdy. Pojechaliśmy to sprawdzić. Była to "KUBANA" czyli CZ 125 model 508- chyba. Tzn. silnik był od "KUBANY" , bo reszta to rama od WSK 175, przednie zawieszenie też, tyle że było trochę przedłużone za pomocą spawanych kawałków rur. Oczywiście cala koncepcja w ogóle nie działała. Przód był twardy jak skala. Jedyne zadanie jakie spełniał, to trzymanie przedniego koła. Nie pamiętam od czego było tylne zawieszenie, ale też nie działało. Cały sprzęt był w rozsypce. Gość jak go ściągnął do domu po wypadku, tak nie chciał na niego patrzeć. Nabyłem go tylko ze względu na silnik. Przywieźliśmy to do mnie do domu w bagażniku Poloneza kolegi. Wrzuciłem to do szklarni. Był bowiem środek zimy, a tam był piecyk, który pozwalał na ogrzanie pomieszczenia. Na paczątku jednak wziąłem silnik do domu i na podłodze w pokoju zabrałem się za rozkręcanie. Okazało się, ze piąty bieg jest skasowany. Znalem jednak gości, którzy mogli załatwić prawie każdą część, do każdego motocykla. Zakupiłem lepszy przód i tył. Zapomniałem dodać, że gaźnik był od WSK 175. Nigdy go jednak nie użyłem, bo nabyłem od kolegi oryginalny. Po złożeniu silnika zabrałem się za resztę. Trzeba było dać co trzeba i komu trzeba w PZMocie, żeby ten wystawił zapotrzebowanie do OTZ w Warszawie. Z tym papierkiem pognaliśmy do stolicy. Nakupiliśmy błotników, opon i kupę innych części. Ludzie w pociągu patrzyli na nas jak na wariatów. Rok był chyba 1983. "Kubana" była w porównaniu z "Fumą" ognistą maszyną. Jedyną jej wadą był brak dołu. Kręciła chyba jakieś 11000 obr/min i niestety chodziła tylko w górnych rejestrach. Na szczęście miała suche sprzęgło, które było bardzo wytrzymałe. Łatałem nią kilka sezonów. Po sprzedaniu " Kubany" zacząłem szukać czegoś nowego, ale nadażyła się okazja wyjazdu do USA i odłożyłem to na później. To później nadeszło dopiero w 1996 roku. Po kilku latach oglądania się za wszystkim na dwóch kołach, doszedłem do wniosku, że moja choroba jest nieuleczalna. Nabyłem więc nową Suzuki DR 350 SE, którą jeżdżę do dzisiaj. Przejechałem nią już ok. 12000 km i złego słowa nie mogę o niej powiedzieć. Nie miałem jeszcze żadnej awarii. Jest to model tzw. dual-sport, czyli jest to motocykl terenowy przystosowany do ruchu kołowego, ale poczyniłem pewne modyfikacje, które bardziej zbliżyły go do jazdy terenowej. To jednak temat na oddzielny artykuł.

Jakie marki są najchętniej kupowane w USA?

To zależy. Królują oczywiście japończyki. Ale z przyjemnością stwierdzam, że od kilku lat coraz bardziej wzrasta popularność KTM, który w zadziwiającym tempie odbudowuje swoją pozycję z lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych. Inna tendencja to przesiadanie się na czterosuwy, które coraz częściej dorównują dwusuwom. Co jakiś czas ukazują się też w prasie artykuły o innych europejskich motocyklach, jak GAS GAS, Husqvarna, Husaberg, TM, VOR, czy Vertemati. Są one jednak postrzegane jako maszyny interesujące, ale trochę egzotyczne. Niestety nie mogą konkurować cenowo z japończykami. Serwis i dystrybucja części tych marek prawie nie istnieje. Zawsze jednak pisze się o nich ciepło i z szacunkiem, głównie za innowacje techniczne.

Czy poszczególne marki mają wyrobioną ogólną opinię?

Naturalnie. Na przykład Honda jest postrzegana jako bardzo dobry motocykl crossowy ( w Enduro jakoś się ostatnio zaniedbali ). Wypuszczony w ubiegłym roku model CRF 450 ma opinie jednego z najlepszych czterosuwów w motocrossie. Suzuki to dobry, w miarę niezawodny sprzęt dla każdego. Zwłaszcza w enduro święcą triumfy i to zarówno RM-mem 250 jak i DR-Z 400. Kawasaki ma ustaloną opinię. To dobry motocykl, ale od kilku lat specjalnie go nie modyfikują. Na rajdach widzi się trochę KDX 200 to lekki popularny sprzęt. W zeszłym roku Kawasaki nawiązało współpracę z Suzuki. Efektem tego jest możliwość nabycia niektórych modeli w barwach Kawasaki lub Suzuki, które to prawie niczym się od siebie nie różnią. Jeśli chodzi o Yamahe, to przede wszystkim czterosuwy. Czy to YZ czy WR maja opinie bardzo dobrych w swoich klasach. KTM wchodzi na rynek amerykański bardzo skutecznie. W prasie pisze się o nich dużo i dobrze. Sprzedaż też cały czas wzrasta. Co się często tu podkreśla, to fakt, że KTM kosztuje trochę więcej niż sprzęt japoński, ale wszystkie podzespoły są pierwszej jakości co pozwala na ściganie się na nich bez modyfikacji. Jeżeli chodzi o pozostałe marki europejskie, to Husqvarne można od czasu do czasu zobaczyć. Reszta, jak już pisałem ma dobrą opinię, ale dystrybucja leży. Są to małe firmy, które nie są w stanie konkurować z masową produkcją japońską. Nabycie takiego sprzętu z pewnością najłatwiejsze jest na zachodnim wybrzeżu, zwłaszcza w Kalifornii, gdzie sezon trwa okrągły rok i rynek jest największy.

Czy wiele Amerykanów interesuje się motocrossem i enduro?

Zainteresowanie motocrossem w USA na przestrzeni ostatnich 13-tu lat wzrosło kilkukrotnie. Głównie za sprawą Supercrossu i telewizji. Specyfika Supercrossu polega na tym, że idzie się na stadion, siada się na ławeczce, kupuje hotdoga, piwo i calą akcję na stadionie ogląda się bez podrywania tyłka z ławeczki. Na takie imprezy przychodzi po 50000 ludzi i więcej. Oglądalność w telewizji wzrasta. To przyciąga coraz więcej bogatych sponsorów i tak kółko zaczyna się kręcić. Chłopcy z czołówki zarabiają coraz więcej. Nie każdy potrafi sobie z tym poradzić, a i atmosfera coraz bardziej przypomina jakieś korporacyjne targi. Ciśnienie jest coraz większe. Mówi się tu, "jeśli wygrywasz w niedzielę to sprzedajesz w poniedziałek". To się czuje też w wywiadach z zawodnikami po wygranym biegu. Taki zawodnik zamiast powiedzieć coś od siebie, musi wymienić calą listę swoich sponsorów, którym nieustannie dziękuje. Pamiętam jak w 1990 roku pojechałem do pobliskiego Budda Creek na zawody motocrossowe. Każdy mógł wejść między stanowiska poszczególnych firm i pogadać z zawodnikami. Teraz wszystko jest dokładnie oddzielone płotem. Wejście do boksów jest tylko za okazaniem wcześniej wykupionej wejściówki, która ważna jest tylko na kilka godzin przed wyścigiem. Nie mówię, że to źle. Ilość osób przychodząca na zawody jest tak duża, że jest to chyba konieczne. Z enduro jest trochę inaczej. Widowiskowość tego sportu nie może się równać z Motocrossem i Supercrossem. Przyznam się szczerze, że sam nigdy tu nie byłem na typowym Enduro, choć kilkakrotnie się wybierałem. Od zeszłego roku enduro w postaci GNCC ( Grand National Cross Country ) pokazywana jest w telewizji. Mam nadzieję, że pomoże to w spopularyzowaniu tego sportu w tym kraju. Jak na razie przychodzą na zawody głównie entuzjaści, którzy sami jeżdżą, bądź też kiedyś jeździli i teraz przyprowadzają swoje dzieci, żeby im pokazać o co w tym chodzi.

Czy Freestyl w USA postrzegany jest bardziej jako show czy jako sport?

Na początku Freestyl to była ciekawostka przyrodnicza. Wszyscy oglądali to z niedowierzaniem. Nie dawano też temu zjawisku większych szans na przetrwanie. Jak się jednak z czasem okazało Freestyl przerodził się trochę w zjawisko kultowe i czy to Gravity Games czy X Games, konkurencja ta zawsze gromadzi liczne rzesze fanów, które gorąco dopingują kilku szaleńcom na motocyklach. Muszę przyznać, że jest to sport widowiskowy. Jest to trochę jazda figurowa na motocyklach, ale należy się chłopakom szacunek za odwagę, wytrwałość i za odrobinę szaleństwa w oczach. Myślę, że jest to chyba jeden z najbardziej urazowych sportów jakie znam. Każdy z nich ma połamanych przynajmniej kilka kości.

Jak wysoko w hierarchii umieściłbyś motocross w odniesieniu do innych sportów w USA?

No cóż. Sport jest w USA najbogatszym przemysłem. Żadna inna dziedzina gospodarki amerykańskiej nie generuje takich ilości pieniędzy. Motocross w porównaniu z np. footballem amerykanskim , baseballem czy koszykówką wygląda dość blado. Ale tak jak już pisałem ma naprawdę liczne grono sympatyków. Na pewno jest tu z popularnością tego sportu lepiej niż w Europie. Sporo ludzi jeździ w terenie i sporo się tym sportem interesuje. To z kolei oznacza duży rynek zbytu, czyli pieniądze. Im więcej się zainwestuje, tym większe się osiąga profity. Oczywiście dba się o to aby podtrzymać, a nawet rozwijać zainteresowanie społeczeństwa tym sportem. Jak na razie z roku na rok popularność motocrossu w USA rośnie i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja miała ulec zmianie.

Czy widzi się wielu jeżdżących prywatnie i gdzie jeżdżą?

Trzeba wiedzieć gdzie szukać. W Maryland, gdzie mieszkam jest pod tym względem tragicznie. Wszystko jest albo prywatne, albo stanowe. Jeździmy z kolegami po okolicy, ale zawsze nielegalnie. Człowiek musi mieć oczy dookoła głowy. Czasem się jakiś policjant zaczai. Ja jak do tej pory miałem szczęście, ale kolega raz dostał mandat $500 za jazdę pod liniami wysokiego napięcia. Są miejsca gdzie ludzie się zbierają żeby pojeździć. Nasze motocykle są zarejestrowane, co pozwala nam na szybki przejazd drogami z jednego lasu do innego. Zawsze staramy się przejechać trasę tylko raz danego dnia. W ten sposób trudniej jest się na nas zaczaić. Często jeździmy po trasach używanych przez jeźdźców na koniach. To najczęściej ludzie z forsą i potrafią sobie wywalczyć miejsca do jazdy. Tak się składa, że jazda wąskimi ścieżkami po lesie, to to co nas najbardziej rajcuje i czasami przychodzi nam się spotkać z końmi na ścieżce. Las jest gęsty i nie ma gdzie uciec. Najlepiej wtedy natychmiast zgasić silnik, żeby nie wystraszyć zwierzęcia i udać, że się zabłądziło. Najczęściej to działa, ale furiatów nie brakuje.

Czy łatwo o kumpli do wspólnych wypadów w teren?

Jak kupiłem motocykl, to przez długi czas jeździłem samotnie. Pewnego razu spotkałem gościa na takim jak mój motocyklu, który skakał sobie na jednej z górek usypanych przy budowie jakiegoś osiedla. Pogadaliśmy trochę i od tego dnia już prawie co tydzień jeździliśmy razem. On wychował się w tej okolicy i zna dużo miejsc gdzie specjalnie nie gonią. Za jakiś czas wrócił z Chicago jego kolega, z którym jeździł wcześniej i tak jeździmy w trzech. Jeździmy głownie po okolicy, choć czasem wypuszczamy się gdzieś dalej na większe imprezy. Jak na przykład w Appallachy. Tak wiec uważam, że miałem trochę szczęścia, bo to straszni zapaleńcy. Czasem jeździmy po osiem godzin dziennie i tyłka nie czuję. Jeżeli chodzi o polonijne środowisko to niestety samo w sobie nie jest zbyt liczne, a już jeżeli chodzi o motocyklistów to w ogóle jest cieniutko. Jest kilku ścigantów, ale żadnego endurowca.

Jak jest ze znalezieniem tras, Stany są ogromne, masa dziewiczych terenów, ale czy można swobodnie poruszać się po nich motocyklem?

Niestety z roku na rok ilość tras, po których można jeździć ciągle się zmniejsza. Głównie za sprawą "zielonych", czyli bojówek ekologicznych. Robią wiele hałasu o niszczeniu środowiska naturalnego. Zawiązała się tutaj koalicja motocyklistów, wspierana przez amerykańską organizację motocyklistów AMA, która walczy o zachowanie jak największej ilości tras. Biorą się za to bardzo poważnie, łącznie z wywieraniem nacisku na polityków, w końcu AMA to kilkuset tysięczna organizacja. Na wschodnim wybrzeżu, z tego co mi wiadomo, najwięcej tras znajduje się w stanie Michigan i mam tu na myśli kilkaset kilometrów. Wschodnia część kraju nie może jednak mierzyć się z zachodnią. Kalifornia, Utah, Kolorado czy Arizona, znajdują się tam całe połacie, które jak dotychczas nie zostały przed motocyklistami zamknięte. Wszelkie rodzaje terenu, od pustyni po Góry Skaliste. W Arizonie jeździłem po pustyni przez kilka dni, niezapomniane wrażenia.

Jak jest z dostępnością serwisu i części w mniejszych ośrodkach?

Czy często korzysta się ze sprzedaży wysyłkowej?

Tak się najczęściej składa, że właśnie w mniejszych miejscowościach enduro jest bardziej popularne niż w wielkich aglomeracjach. A co za tym idzie ilość miejsc serwisowych wzrasta. Sprzedaż wysyłkowa jest tutaj bardzo popularną metodą nabywania części. Rynek części zamiennych jest bardzo rozbudowany, co sprawia, że konkurencja jest duża i ceny niskie. Kupując w firmie wysyłkowej nie płaci się podatku od zakupu, a to ok 5% wartości.

Czy przy znacznych przestrzeniach nie ma problemów z dotankowaniem się podczas terenowych wypraw, jak sobie z tym radzicie?

Niestety, jeżeli chodzi o stan Maryland, to problem wielkich przestrzeni nie istnieje. W odległości kilku lub kilkunastu kilometrów zawsze się jakąś stację znajdzie. Fakt posiadania zarejestrowanych maszyn pomaga tu dodatkowo. Podczas przemieszczania się z jednego lasu do drugiego zajeżdża się po drodze do stacji i po kłopocie. Na zachodnim wybrzeżu jest pewnie trochę inaczej. Przy najbardziej uczęszczanych szlakach zawsze się znajdzie jakąś stację. Na taką podróż trzeba się zaopatrzyć w dobrą mapę, żeby w razie potrzeby wiedzieć gdzie zjechać aby zatankować. Tak było podczas mojej włóczęgi po Arizonie. Gość z którym jeździłem niby znał teren, ale z mapy i tak dość często korzystał. Poza tym ja jechałem tam na KLR 650, a to ma przecież zbiornik jak w Starze. Wiem, że na przykład podczas wypraw na BAJA w Meksyku tankuje się u gości którzy handlują benzyną na pustyni, wożąc ją w beczkach na swoich samochodach. Stacji benzynowych tam prawie nie ma, a już napewno nie tam gdzie się jeździ w terenie.

Możesz przybliżyć polskim endurowcom specyfikę rajdów cross country w USA, tych na poziomie amatorskim i profesjonalnym?

Czym najbardziej różnią się od enduro znanego z Europy?

Rajdy cross country, czyli tzw. GNCC SA w USA chyba najbardziej konkurencyjna forma ścigania się off road. W GNCC ścigają się najlepsi w tym kraju endurowcy. Trasa takiego rajdu ma najczęściej od piętnastu do dwudziestu kilometrów długości dla profesjonalistów i krótsze dla dla juniorów i ścigających się na ATV. Wszyscy oczywiście w poszczególnych klasach startują jednocześnie przy zgaszonych silnikach. Na dany znak wszyscy uruchamiają maszyny i kto pierwszy ten lepszy. Rajd dla profesjonalistów trwa dwie godziny i czterdzieści pięć minut. ATV jadą dwie godziny, juniorzy półtorej, a amatorzy i seniorzy dwie godziny. Ogólnie rzecz biorąc jest to kombinacja motocrossu z enduro. Trasa GNCC zawiera rożne formy terenu, od leśnych ścieżek, przez słabo uczęszczane drogi, podjazdy, zjazdy, strumyki, bagienka, do regularnej trasy crosowej. Wszystko to może się znaleźć w jednym okrążeniu. Oczywiście zawodnicy robią kilkanaście takich okrążeń podczas rajdu. Zawodnicy nie mogą wcześniej przejechać trasy motocyklem. Dozwolone jest jednak użycie roweru lub też przejście trasy na piechotę. Dotankowywanie motocykli dla profesjonalistów może odbywać się tylko w specjalnie wyznaczonym miejscu. Amatorzy mogą to robić gdzie chcą pod warunkiem, że nie będzie to zagrażać bezpieczeństwu pozostałych uczestników. Każdy z zawodników, po przejechaniu danego okrążenia, musi zatrzymać się w punkcie kontrolnym w celu oznakowania go przez sędziów. Profesjonaliści używają osobnych linii przy dojeździe do punktu kontrolnego, co ułatwia im ściganie się na większej od pozostałych prędkościach. W ciągu sezonu organizowanych jest 13-cie rajdów. Dla profesjonalnych motocyklistów wszystkie zaliczane są do końcowej klasyfikacji, dalej Pro ATV - 11, amatorzy na motocyklach i ATV - 9, młodzikom zalicza się 7-em najlepszych wyników.

Z jakich organizacji sportowych wywodzą się zawodnicy USA na Six Day, w jakich imprezach typowo enduro uczestniczą w Stanach?

Temat Sześciodniówki w USA jest nieco złożony. Sprawa rozbija się oczywiście o pieniądze. Fakt, że Amerykanie nie błyszczą specjalnie na Sześciodniówkach nie oznacza, że nie mają dobrych zawodników. Ci najlepsi po prostu nie przyjeżdżają. Dlaczego? A dlatego, że nikt im za to nie zapłaci. Czołówka amerykańskich endurowcow jeździ u siebie w kraju i opłacana jest przez amerykańskich producentów. Sześciodniówka to europejski styl ścigania się, najczęściej na europejskiej ziemi i to europejscy producenci motocykli są tymi, którzy najbardziej na tym zarabiają, sprzedając swoje produkty na tym rynku. Amerykanie nie sprzedają swoich motocykli w Europie, więc logiczne jest, że nie są zainteresowani ponoszeniem kosztów występu swoich zawodników, bez jakichkolwiek szans na osiągniecie korzyści dla siebie. Poziom tutejszej czołówki jest naprawdę niezły. Myślę, że byliby w stanie powalczyć o miejsce w pierwszej piątce w klasyfikacji drużynowej. Tymczasem na zawody przyjeżdża druga liga i choć drużyna Trophy wyłaniana jest na podstawie eliminacji rozgrywanych przez cały sezon, reszta to są czystej krwi amatorzy, jakkolwiek stowarzyszeni w różnych klubach, kochają ten sport i płacą tysiące dolarów z własnej kieszeni, żeby móc wziąść udział w tych zawodach. Dla nich największą nagrodą jest sam fakt ich ukończenia. W Czechach brało udział 41 Amerykanów. Rajd ukończyło 22-uch.

Czy takie imprezy jak Paryż-Dakar i inne rajdy maratony są znane i popularne w Stanach?

A ty śledzisz relacje i poczynania również polskich motocyklistów?

Oczywiście, że pilnie śledzę każdy krok naszych chłopaków i to już od pierwszego ich startu w Paryż-Dakar. Chciałbym w tym miejscu serdecznie im pogratulować. Swoimi startami udowadniają wszystkim endurowcom w kraju, że jak się naprawdę chce to można czegoś dokonać. Dzięki nim ludzie w kraju mają okazję zobaczyć, że terenowa jazda motocyklem to coś więcej niż rujnowanie ludziom grządek w ogródkach. Z tego co mi wiadomo to oglądalność relacji z rajdu, z roku na rok wzrasta, a i w prasie, nawet codziennej, sporo się o tym pisze. To na pewno przyniesie owoce w przyszłości. Dzieciaki się naoglądają tego przed pójściem do łóżka i potem będą im się śniły po nocach pustynne bezdroża, a od tego się to wszystko zaczyna. Niestety w USA rajd ten nie jest popularny. Po pierwsze, niech ktoś wymieni choćby jednego Amerykanina, który bierze w nim udział. Wiem, wiem. Lewis co prawda jeździł, ale było to dwa lata temu. Jechał na BMW i był zawsze w pierwszej dziesiątce, ale jak BMW się "poddało", to człowiek nie mógł już sobie znaleźć sponsora i musiał zrezygnować. Tak przynajmniej słyszałem. Wiem, że nasi chłopcy trenowali z nim razem na pustyni w Stanach. Relacje z rajdu można przeczytać w motocyklowym tygodniku Cycle News. To bardzo dobre źródło informacji o wszystkim co się w sporcie motocyklowym dzieje. Podają nawet wyniki z zawodów żużlowych w Polsce. Na ich stronie internetowej www.cyclenews.com codziennie były relacje z poszczególnych etapów rajdu Paryż-Dakar. Z telewizją jest gorzej. Powód jest ten sam co z Sześciodniówką, której też nie ma w telewizji. Wyjątkiem jest tutaj Speed Chanel, którego ja nie mam. Mam wprawdzie kablówkę, ale niestety oni tego kanału nie oferują. Speed Chanel jeszcze rok temu emitował relacje z rajdu z kilkutygodniowym opóźnieniem. W tym roku, jak mi doniósł kolega, było już normalnie tzn. na bierząco z każdego dnia rajdu. Ja mam to szczęście, że brat w Polsce nagrywa mi wszystkie relacje z polskiej telewizji i Eurosportu i przysyła to do Stanów. Tak byłbym zdany wyłącznie na Internet. Jeżeli chodzi o inne rajdy maratony, to jest jeszcze gorzej.

Na rajdzie, który opisałeś na naszych stronach spotkałeś rodaków, czy będziecie organizować wspólne wyprawy?

Na pewno tak, z tym, że na razie będą to imprezy organizowane przez innych. Tak jak to było w tym przypadku. Ale już przy ognisku zaczęliśmy snuć jakieś plany o wypadzie gdzieś dalej, jak np. Kolorado, Utah a może nawet Baja. Mój kolega był na Baja już kilka razy. Jest ponoć super. Sam też już sporo na ten temat czytałem. Baja to południowy cypel Kalifornii, który należy do Meksyku. Jak ktoś ma chęć i cierpliwość to niech poszpera w Internecie. Można znaleźć sporo zdjęć i opisów z wypraw w ten i inne rejony.

Czego byś życzył polskim miłośnikom enduro?

Przede wszystkim dużo kasy, aby każdy mógł jeździć kiedy chce i na czym chce. Druga sprawa, to jak najprężniejszych klubów motocyklowych, zwłaszcza tych na najniższym szczeblu. To tam zaczyna się sport motocyklowy i bez odpowiedniej organizacji, enduro zawsze będzie kulało.

Czego brakuje Ci w USA najbardziej w odniesieniu do Polski?

W temacie enduro, najbardziej doskwiera mi brak moich kolegów, z którym zaczynałem moją przygodę z motocyklem. Dla mnie enduro to sport towarzyski. Największą przyjemność sprawia mi jazda po jakimś fajnym terenie z kolegami, a potem możliwość podzielenia się z nimi swoimi przeżyciami. Nigdy nie miałem ciągot do ścigania się. Zawsze jeżdżę z taką prędkością, aby czuć się w miarę komfortowo i aby wyciągnąć z jazdy jak najwięcej przyjemności. Nie oznacza to wcale, że nie lubię odkręcić. Moi koledzy w Białymstoku jeżdżą co najmniej dwa razy w tygodniu. Jestem z nimi w stałym kontakcie i podczas każdego pobytu w kraju zawsze się spotykamy.

Czy uważasz, że powinniśmy mieć również anglojęzyczną wersję naszego serwisu internetowego?

Co najbardziej warto by przetłumaczyć pod kątem internautow z zagranicy?

Polska jest juz prawie jedną nogą w Zjednoczonej Europie, a to zobowiązuje. Myślę, że warto by było spopularyzować polskie enduro wśród naszych sąsiadów. Warto tłumaczyć wszelkie relacje z polskich zawodów, czy innych imprez motocyklowych. To może zachęcić do udziału w nich ludzi z innych krajów. Dlaczego nie? Ja sam czasem przypadkowo trafiam na jakąś, np. skandynawską stronę. Mają tam fajne zdjęcia i chciałbym się czegoś więcej na ten temat dowiedzieć, ale nie mają tłumaczeń i guzik z pętelką. W ten sposób łatwiej też o nawiązanie, czasem bardzo ważnych i ciekawych kontaktów z miłośnikami enduro w innych krajach. Endurowcy wszystkich krajów, łączmy się. Dziękuję wszystkim, którzy dotarli do końca tych moich zwierzeń. Zastrzegam sobie totalną subiektywność wyrażonych tu poglądów. Nie uważam się absolutnie za eksperta w tej dziedzinie. Tak tylko pogadaliśmy sobie jak Polak z Polakiem.

Pozdrawiam serdecznie.

Adam Mancewicz

Adam Mancewicz w tle marylandzki krajobraz

Dziękujemy za rozmowę w imieniu własnym i internautów, dała nam wszystkim pewną wiedzę o specyfice enduro i motocrossu w USA.

Grzegorz Wesołowski

Wszystkich "ciekawych" enduro i motocrossu w USA prosimy o nadsyłanie propozycji pytań do Adama Mancewicza, którego wkrótce ponownie zaprosimy do rozmowy.

enduro@enduro.pl