SHENANDOAH 500 2002

Wszystko zapowiadało się od samego początku bardzo interesująco.

Na Joe w ogóle nie liczyłem, bo się chłopak na dobre pogrążył w swoim "miłosnym" nałogu i nawet już na przejażdżkę koło domu go namówić nie sposób. Eryk miał straszną ochotę aby pojechać, ale niestety musiał lecieć do teściów do Kolorado i nic z tego nie wyszło. Tak wiec pojechałem w starym składzie, czyli sam.

Wiadomo, ze pójście do pracy w piątek nie wchodziło w rachubę. Bo to już człowiek zbyt jest podniecony aby o czym innym niż motorek myśleć, a i krzywdę z tego powodu w pracy mógłby sobie zrobić. Wstałem wiec o bardzo przyzwoitej porze, zjadłem śniadanko i pędem do garażu gdzie czekało mnie największe wyzwanie tego dnia, mianowicie zapakowanie motoru na pakę mego samochodu.

Nie było to łatwe z tego względu, ze wiązało się to ze zdjęciem budy z mego pickupa, która lekka nie jest. Wiedziałem, ze sam o własnych siłach tego nie dokonam. Wziąłem się wiec na sposób i przy użyciu pasów podpiąłem budę do belki w suficie mego garażu, uniosłem ją nieco do góry i wyjechałem z garażu już bez budy. Jakiż byłem z siebie dumny. Reszta była już łatwizna. Około 13.30. byłem już w drodze, szczęśliwy, ze uda mi się uciec przed popołudniowymi korkami. Myliłem się jednak i swoje na drodze nr. 66 musiałem odstać.

Na miejscu, czyli na kempingu Parku Naturalnych Kominów ( nazwa pochodzi od trzech skal przypominających kształtem kominy o wysokości kilku pięter ) pojawiłem się około godziny 17.00. Tym razem postanowiłem, ze nie będę się byczył w motelu i jako człowiek który się lasu nie lęka noce będę spędzał w swoim namiocie na terenie kempingu, podobnie zresztą jak większość uczestników rajdu. Pomimo wczesnej, jak mi się wydawało pory na kempingu było już gwarno. O tej porze roku nikogo poza motocyklistami w tym miejscu już nie ma.

Znalazłem sobie przytulne miejsce obok starej sosny. Rozbiłem namiot, uruchomiłem motorek i pojechałem na znane już sobie z zeszłego roku miejsce rejestracji. Kontrola techniczna przebiegła prawie bez problemów. Okazało się bowiem, ze nie mam dowodu rejestracyjnego, który wywaliłem do kosza kilka tygodni wcześniej, biorąc go za nieważna licencje wędkarska. Ale do tego dopiero po kilku dniach doszedłem. Tymczasem wyłgałem się karta ubezpieczeniowa mego motocykla. Jeszcze tylko sprawdzenie ciśnienia w oponkach, nie mogło być za mało ze względu na duże ilości skal na trasie, gdzie o kapcia nie trudno. Numer startowy i pamiątkowa koszulka i można było wracać do namiotu. Ja jednak zostałem aby przywitać się z moimi znajomymi organizatorami, których dane mi było poznać przed rokiem. O dziwo pamiętali mnie i zaprosili na imprezie w pizzerii, która znajdowała się w pobliskiej miejscowości. Oczywiście przystałem na te propozycje. Swoja droga to niesamowite jak rożnych pokrojów i zawodów są ludzie, którzy ganiają po lasach na swych żelaznych rumakach. Od prostych budowlańców, do bardzo wykształconych, na kierowniczych stanowiskach. Wszystkich łączy ta sama pasja. W przypadku organizatorów tego rajdu, wiąże się to dodatkowo z zaangażowaniem społecznym. To oni przecież poświęcają swój prywatny czas na organizowanie takich imprez, a nie jest to jedyna impreza w roku, za która są odpowiedzialni. Dbają o tereny, po których jeżdżą, dbają tez o dobre stosunki z ludnością te tereny zamieszkującą, co wymaga czasami dyplomacji na najwyższym poziomie. Każdy z nich ma kilkadziesiąt historii motocyklowych do opowiedzenia, co tez przy każdej sposobności czyni. Tak tez było i tym razem przy pizzy i piwie. W trakcie tego miłego wieczoru zorientowałem się, ze goście maja na mnie ochotę, tzn. chodzi o zwerbowanie mnie do klubowej działalności. Podszedł do mnie szef grupy i poinformował, ze zostałem wybrany na szeryfa rajdu. Miąłem dzielić te funkcje z kilkoma innymi szeryfami. Moje zadanie miało polegać na dźwiganiu w plecaku kilku zapasowych dętek i sprzętu do ich wymiany. Miąłem tez pomagać wszystkim uczestnikom rajdu, którzy by tej pomocy potrzebowali. Przystałem na ta propozycje z ochota, zresztą nie wypadało odmówić.

W sobotę rano odprawa wyznaczona była na godzinę 8.00. Zjawili się wszyscy. A było tego trochę. Dwieście osób. W tym chyba cztery kobiety. Tradycyjne powitania i objaśnienie trasy nie zajęło dużo czasu. Rozdano tez kilka nagród. Trofeum żelaznego tyłka przypadło tym razem gościowi z Ohio, który to przejechał na swojej KTM LC4 640 około 450 mil aby się tu pojawić. Jechał zresztą ze swoim kilkuletnim synem. Byli tez ludzie z Texasu, ale przyjechali wozem kempingowym, więc się nie liczyli. Najstarszym uczestnikiem rajdu był 73-y letni jegomość ( a ja już myślałem, ze nie warto żyć tak długo). Chodziłem sobie po całym parku maszynowym, żeby jak zwykle zorientować się na czym to się w dzisiejszych czasach jeździ. Najwięcej było Suzuki, choć musze przyznać, ze moja 350-ka jest wypierana w zastraszającym tempie przez nowa 400-tke. Było tez trochę WR-ek, Hond XR 650 i kilka 400-tek. Zaskoczyła mnie duża ilość KTM i to w rożnych postaciach. Najwięcej EXC 400 w jakiś dziwny sposób przysposobionych do ruchu kołowego, poza tym kilka 520-tek, trochę dwusuwów, głownie 380-ki. Widziałem tez nowe EXC 450. Bez komentarza. LC4 były dwie. Pierwsza tego gościa z Ohio. W zasadzie nowa z tego roku. Czerwona. Piękna maszynka. Druga identyczna tylko w jeszcze lepszym stanie. Błyszczała się jak psu jajca. Pomyślałem sobie, ze przyjdzie jej się trochę przykuzy. I wtedy wydarzyło się coś, na co zupełnie nie byłem przygotowany. Obok mnie stało dwóch gości, którzy rozmawiali w chrześcijańskim języku. Aż mnie przytkało. Podszedłem do nich i mowie "Cześć". Wówczas ich zamurowało. Mowie do nich, ze na imię mam Adam, a oni do mnie, ze jednemu jest Jacek, a drugiemu Piotrek. Wot i my paznakomilis. Od początku było wiadomo, że jedziemy razem. Jacek jest z Long Island ( w zasadzie cześć Nowego Jorku), a Piotrek z New Jersey. Bardzo ciekawe osobowości, jak się okazało. Jacek jechał na takiej samej maszynie jak moja, tyle, ze rok młodszej. Piotrek natomiast był dumnym właścicielem owej wypieszczonej KTM LC 4 640. Jego ubiór zresztą tez był nienaganny. Ktokolwiek z Was widział reklamy KTM w magazynach z zawodnikami odzianymi w stroje Moos'a , wie o czym mówię. Trasa w zasadzie nie różniła się od tej z zeszłego roku. Przypomnę w tym miejscu, ze impreza pod nazwa Rajd w tym kraju nie ma nic wspólnego ze ściganiem się na bij zabij. Jest to czysto rekreacyjna jazda ( teoretycznie oczywiście). Chodzi o to, że nie jedzie się tu na czas ani na jakikolwiek inny wynik. To z jaka prędkością pokonuje się trasę jest już wyłącznie sprawa pokonującego.

Moi nowi koledzy puścili mnie przodem, bo w przeciwieństwie do nich znalem już trasę, a i plakietka szeryfa sprawiła, ze od razu zyskałem w ich oczach. Przejechaliśmy kilka mil asfaltowych dojazdowek i w las. Pogoda była wymarzona. Piękne słoneczko i około 18 stopni C. Już wcześniej się z orientowałem, ze ze względu na długie lato, jesiennych kolorów drzew w tym roku nie dane mi będzie oglądać.

W lesie zrobiło się od razu ciekawiej. Tak jak w zeszłym roku było trochę sucho, a to oznaczało dużo kurzu na trasie. Na szczęście na takim rajdzie peleton rozciąga się na przestrzeni kilkunastu nawet kilometrów. Każdy wiec może znaleźć sobie korzystne miejsce. Zawsze można się zatrzymać i podziwiać widoki, zapalić papierosa, albo cokolwiek komu przyjdzie do głowy. Czasem jednak trzeba kogoś wyprzedzić, żeby kurzu nie łykać. Na pierwszym postoju Piotrek zaczął narzekać, ze jazda z prędkością 100 km na godzinę po leśnej drodze, to dla niego trochę za szybko. Obiecałem, ze zwolnię nieco. Trasa nie była specjalnie wymagająca choć w niektórych miejscach ludzie na np. KLR 650 mieli trochę problemów. Zrobilsmy sobie jeszcze kilka postojów, podczas których poznawaliśmy się coraz bardziej. Jacek okazał się być człowiekiem cokolwiek nerwowym, tzn. ciągle cos mu chodziło po głowie. A to trasa za mało wymagająca, a to to, a to siatom. Zestresowany był zwłaszcza perspektywa dnia następnego. Mówił ciągle tylko o tym, ze jutro to on będzie musiał jechać bardzo szybko, bo ma sześc. godzin jazdy do domu i w poniedziałek rano idzie do pracy. Piotrek natomiast to totalny luzak. Przyjechał tutaj żeby się relaksować i to było dla niego najważniejsze. Poniedziałek wziął sobie wolny, żeby nie gonić w niedziele. Oni ze sobą znali się słabo, bo spotkali się kilka ty goni wcześniej na jakimś rajdzie w Pensylwanii.

Obiad był w tym samym miejscu co rok temu. Menu tez było te same, czyli spalona połówka kurczaka z ziemniakami i fasolka szparagowa z wody. Po obiedzie zatankowaliśmy i w drogę. Fajnie się jechało. Słoneczko ogrzewało ciepłym popołudniowym blaskiem. Co jakiś czas przystawaliśmy pogadać i żeby Piotruś mógł zapalić. Nie wytrzymałem w końcu i poprosiłem Piotra o rundkę na jego KTM+ie. Nie było problemu. Zanim ruszyłem, maszyna wydawała mi się cięższa od mojej. Chłodnica robi jednak swoje. Po oderwaniu nóg od ziemi powstaje zupełnie inna melodia. KTM jest dużo wyższy od mojej Suzi. W ruchu wydaje się być o polowe lżejsza i bardziej sterowna. Zupełnie inna ergonomika. W porównaniu z KTM moja Suzi to kanapa. Co zwróciło moja uwagę, to duże wibracje odczuwalne na podnóżkach. Jednak 640 ccm to nie 350.

Pod koniec dnia zdecydowaliśmy, ze nie pójdziemy na organizowaną wieczorem przez organizatorów projekcje filmu "On any Sunday", który każdy z nas już oglądał. W zamian za to zorganizowaliśmy sobie ognisko z załącznikiem. Załącznik w postaci piwa zakupiliśmy już na ostatnim tankowaniu. Na kempingu byliśmy o godzinie 16.30. Gdy zsiadłem z motocykla pod swoim namiotem, zauważyłem, ze moi sąsiedzi, czyli kilku gości na rożnych maszynach, siedziało przed małym telewizorem i przezywali raz jeszcze dzisiejszy przejazd nagrany na kamerę przymocowana do kasku. Ja z Jackiem od razu poszliśmy pod prysznic. Piotrek został żeby wypucować swoja KTM-e. Nie mógł biedak znieść myśli, ze on tam będzie się kąpał, a ona będzie brudna pod namiotem stała.

Wieczorek był bardzo udany. Wymieniliśmy raz jeszcze wrażenia z przejechanej tego dnia trasy, ale nie tylko. Dowiedziałem się, ze Piotr zapałał ochota do nabycia swojej KTM po obejrzeniu w telewizji relacji z ostatniego Rajdu Paryz-Dakar. Wcześniej w zasadzie nie jeździł motorem, z wyjątkiem krótkiego incydentu z Panonia jaszcze w Polsce. Ten sezon był dla niego pierwszy i bardzo ekscytujący. Z Jackiem wymieniliśmy poglądy na temat Supercrossu i Motocrossu amerykańskiego. Myślałem, ze ja mam hopla na tym punkcie, ale on ma nagrane wszystkie imprezy z poprzednich kilku lat, a niektóre pamięta ze szczegółami. O zawodnikach wie prawie wszystko. Ja tez się trochę w temacie orientuje, wiec wywiązała się miedzy nami zażarta dyskusja. Biedny Piotrek siedział jak na tureckim kazaniu. Poszliśmy spać po północy. Wiatr się zerwał i robiło się coraz chłodniej.

Drugiego dnia na odprawie było już trochę mniej osób. Jacek od samego rana poganiał nas, bo mu się strasznie śpieszyło do domu. Nam nie. Wyrwał do przodu od pierwszego kilometra. Przez jakiś czas za nim jechałem. Na pierwszym postoju jednak zdecydowałem, ze poczekam na Piotrka, który został z tylu. Jacek nie wytrzymał i pojechał. A my zdecydowaliśmy, ze nie damy się zwariować i pojedziemy wolniej, wyciągając z całego dnia tyle przyjemności ile się tylko da. Trasa była podobna do sobotniej. Niektóre odcinki były te same, tyle ze w odwrotnym kierunku. W pewnym momencie musieliśmy się zatrzymać, żeby pomoc w wyciąganiu motocykla z pobocza drogi. Zawodnik zapędził się nieco i nie zdołał wyhamować na wcale nie takim ostrym zakręcie. Nic mu się naszczepcie nie stało. Motocykl był tylko lżejszy o lusterko. W sześciu chłopa, przy pomocy liny, wyciągnęliśmy motor z kilkunastometrowego nasypu. Po kilku godzinach natknęliśmy się na znacznie powaznieszy wypadek. Na szczęście nie był to żaden z uczestników Rajdu. Na jednej z asfaltowych dojazdowe ujrzeliśmy nagle Forda Mustanga leżącego na dachu w rzece przy drodze. Barierka ochraniająca zakręt nie wytrzymała uderzenia co umożliwiło kierowcy dotarcie do samej rzeki. W momencie naszego tam przybycia już go reanimowano. Obiad był w tym samym miejscu co przed rokiem i menu znowu było to samo. Po obiadku ruszyliśmy w drogę lekko podekscytowani, bo czekała nas "sekcja dla odważnych". Piotrek zaczął się lekko denerwować, nie wiedząc czy sobie poradzi. Uspokajałem go jednak, bo znalem ten odcinek z poprzedniego roku i wiedziałem, ze nie jest aż taki trudny. Przy okazji kolejnego postoju poprosiłem Piotrka o dłuższa jazdę na jego sprzęcie. Rozkosz to była niesamowita. KTM-a zapraszała do coraz szybszej jazdy, i coraz większych skoków. Problem wibracji przestał całkowicie istnieć. Czułem się jak na spacerze ze smukła i powabna panienka. Ktoś mi kiedyś powiedział, ze lepszy motocykl sprawia, ze jesteś lepszym jeźdźcem. KTM-a udowodniła mi, ze to prawda. Nie wiem co teraz mam ze sobą zrobić. Sekcje specjalna pokonaliśmy bez problemów. Piotrek był dumny z siebie i miął do tego powody. Widać było, ze czuje się swobodnie na motocyklu i robił wyraźne postępy. Potem jeszcze tylko kilkanaście kilometrów spokojniejszej jazdy i ok. 17.00. byliśmy na kempingu. Trzeba było złożyć namiot, zalakować motor na pakę, obmyć się nieco i w drogę. Pogadaliśmy jeszcze trochę z Piotrkiem o planach na przyszłość i trzeba było się rozstać.

Wracając do domu, pomyślałem sobie, ze jak zwykle wszystko zbyt szybko się skończyło, choć mój tyłek mówił mi, ze jednak nie zmarnowałem tego weekendu. Największa korzyścią całego wyjazdu było spotkanie Piotrka i Jacka, z którymi to na pewno na niejednym jeszcze rajdzie się w błocie ubabrze.

Autor: Adam Mancewicz

Zapraszamy do obejrzenia fotoreportażu z rajdu.

Zapraszamy do wymiany opinii i propozycję tematow na korespondencję z USA.


Zdjęcia z rajdu

Kliknij by powiększyć